Dzisiaj jest niedziela. Dzień Pański. Dzień radości i nadziei. Czy takie jest również moje „dziś”? Jaki realizm życia przynoszę dzisiaj tu przed Boży ołtarz? Może spokojny, wypełniony codziennymi troskami. A może dramat jakiegoś wydarzenia, jakiś wielki problem, zwalający mnie z nóg, który przykryłam makijażem dobrej miny?
Nehemiasz w swej Księdze opisuje, jak Izraelici przybyli z wygnania do zburzonej Jerozolimy. Dramatyczne było ich „dziś”, bez większych perspektyw lepszego „jutra”. W tej sytuacji Nehemiasz wraz z Ezdraszem sięgnęli po „wczoraj”. Zebrali lud i kazali czytać z Biblii Prawo, czyli święte dzieje narodu wybranego. Lud słuchał w skupieniu, popłynęły łzy. Izraelici zaczęli rozumieć gorzkie „teraz” jako etap na drodze do lepszego „jutra”. Odzyskiwali równowagę ducha. Rozradowały się ich serca i mogli spokojnie spojrzeć w jutro. Piękne są słowa Nehemiasza: „Nie bądźcie smutni i nie płaczcie /…/ albowiem poświęcony jest ten dzień Panu naszemu. A nie bądźcie przygnębieni, gdyż radość w Panu jest waszą ostoją”.
Jezus pokazuje mi, co uczynić z moim „dziś”. On jest całkowitym wypełnieniem tego, co „wczoraj”, co zapowiadali prorocy. On jest nadzieją nie tylko na lepsze „jutro”, co przede wszystkim na pełną niewyobrażalnego szczęścia wieczność. Proroctwa się wypełniły. To, co Jezus cytuje z Izajasza, jest ucieleśnione w Jego osobie. Widzimy: Oto Jezus pełen Ducha Świętego zasiada w centrum synagogi, bierz zwój księgi i czyta o sobie. To On sprawia, że więzieni przez złe moce odchodzą wolnymi, trwający w ciemnościach o własnych siłach wychodzą na światło dzienne, cierpiący niesprawiedliwość odzyskują zaufanie do siebie, przypominają sobie o własnej godności i mają odwagę odrzucić kajdany wyzysku. Trzeba mi więc zanurzyć moje „dziś” w Jego obecność, w Jego życie. Choć tak naprawdę to się już dokonało. W momencie chrztu, gdy zostałem włączony w Chrystusa, który jest Głową Kościoła.
Moje bycie w Kościele to nie przypadek; Kościół to nie zbiór ludzi, ale wspólnota. Jedność. Jak ciało człowieka. Takim obrazem posługuje się św. Paweł. „Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało”. To konkretna droga: Być ludźmi duchowymi, bo Duch w nas mieszka, trzeba się dać Mu prowadzić.
Uczyć się różnorodności: że ona ubogaca, a nie dzieli. Zagrożeniem jest tu grzech zazdrości. Wielość darów to bogactwo i służy budowaniu jedności. Wszelkie obdarowanie pochodzi od Chrystusa, który przyszedł, aby wszystkich obdarować.
Każdy jest tu potrzebny. Podczas wizyty duszpasterskiej mogłem odczuć tę prawdę. Spotkać tylu otwartych ludzi, którzy pragną być świadomymi członkami tej wspólnoty parafialnej. Mogłem dzielić ich radości, pochylać się razem z nimi nad ich smutkami. Z ludźmi, którzy mówili: Jest rok Miłosierdzia, więc codziennie modlę się Koronką. Albo: chcemy przyjąć pod swój dach pielgrzymów z zagranicy, którzy przyjadą na Światowe Dni Młodzieży. Ale też spotkałem i takich, którzy o parafii mówili jeszcze „u was”. I spotkałem wreszcie takich, którzy są bardzo cierpiącymi członkami tego Chrystusowego Ciała, jakim jest Kościół. Nie z racji materialnych, ale duchowych. Którzy się pogubili w swojej drodze wiary. Czy nie ma dla nich tutaj miejsca? Ależ nie, ono zawsze jest, nikt ich nie zastąpi. My dziś tu obecni musimy za nich się modlić. Aby przyszedł taki dzień, by i oni mogli odkryć w swoim życiu prawdziwość słów Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. By i dla nich Jezus stał się źródłem i centrum ich życia.
„A oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione”. Oto moja postawa podczas Mszy. Oczy czyli cały człowiek słuchający Jezusa, rozważający Jego postawę wobec mnie, Jego cuda. Często te oczy utkwione są w czym innym: w tym, co przynieśliśmy z całego tygodnia; czy ten lub ta są dziś w kościele; czy na mnie patrzą, jak są ubrani.
Pytanie o moją relację z Bogiem. Czy oparta jedynie na surowym przestrzeganiu prawa i uczestnictwie w obrzędach, które to prawo przewiduje? Na pewnym etapie życia, kiedy sercem wiary nie rządzi jeszcze miłość, kiedy jest jeszcze w nim jakiś chłód, tak może się dziać… Jeśli będę w tym stanie trwał długo, grozi mi po prostu faryzeizm. Możemy dziś zapytać w imieniu może wielu: – Co zrobić, gdy uczestniczę w Eucharystii, ale nie mam w tym żadnej radości? Śpiewamy w jednej z pieśni „Duchu Święty, przyjdź i rozpal nas”. To jest właśnie rola Ducha Świętego. To On, trzecia Osoba Trójcy Świętej ma rozpalać nasze serca, abyś w pełni korzystali z darów, jakie daje nam Jezus w sakramentach, które dla naszego wiecznego dobra nam pozostawił. Dać siebie Duchowi w posiadanie…
Chodzi o „duchowe” oczy. Każda Msza św. jest niepowtarzalna. W tym co zewnętrzne, niewiele się różni. Ale przecież tu nie chodzi o spektakl, jakieś widowisko. Musimy tutaj uczyć się bycia ludźmi duchowymi, widzenia na sposób duchowy. Szerzej otwierać nasze „duchowe oczy”, widzieć więcej, lepiej rozumieć. Rozumieć, że Chrystus, który jest Głową Ciała-Kościoła, karmi sobą wszystkie swoje członki, czyli nas tworzących Jego jeden Kościół.
Mamy też raz w tygodniu jeszcze jedną możliwość: Utkwić oczy w Nim – środowa adoracja Najświętszego Sakramentu. To na początku, przez miesiące, może być trudne: zapomnieć o sobie, wpatrywać się, skupić się na prawdziwej, bliskiej obecności Jezusa Chrystusa. Wywiad ze znanym człowiekiem ze świata kultury, który opowiada o swoim nawróceniu: „Ja dostaję odpowiedzi. Naprawdę. Od Budziaszka nauczyłem się jednego: „Masz pytanie? Idź na adorację!”. Sam dopowiedziałem sobie dalszy ciąg: „Dostaniesz odpowiedź, pod warunkiem że idąc na adorację, wierzysz w to, że ją otrzymasz”. Gdy idziesz i wierzysz, usłyszysz odpowiedź”. Powiedz Mu to, co leży na dnie Twojej duszy. Duch Święty ci podpowie i da zrozumieć. Ale ciebie nikt w tym nie zastąpi!
Kategorie
