W tym punkcie Credo nie będziemy się zajmować kwestią historyczną, która nie pozostawia praktycznie żadnej wątpliwości. Nas interesuje o wiele bardziej odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście Jezus cierpiał.. Czytając dokładnie świętą Ewangelię, znajdziemy wzmianki o trzech konkretnych potrzebach fizycznych Jezusa. Ewangelia mówi nam o głodzie, jaki odczuwał: czy to po zakończeniu kuszenia na pustyni, czy też wówczas, kiedy przechodził obok drzewa figowego, które miało liście, a nie posiadało owoców. Innym razem, zmęczony drogą, usiadł przy studni Jakubowej – był spragniony. Poza tym mowa jest także o Jego smutku: choćby kiedy płakał nad Jerozolimą i przy grobie Łazarza. Pomijając scenę w Ogrodzie Oliwnym, Ewangeliści wspominają o tych trzech przykładach cierpień fizycznych Jezusa. Jednak skąpość informacji o ludzkich cierpieniach Chrystusa bywała w historii Kościoła motywem powstawania różnych błędnych opinii, czy nawet herezji. Nie brakowało takich, którzy twierdzili, iż Nasz Pan wcale nie stał się człowiekiem w momencie Zwiastowania, lecz jedynie był jakby przyobleczony w rodzaj pewnego pozornego ciała – nie mógł więc podlegać cierpieniu /sekty gnostyckie -dokeci/.
Jest faktem niezaprzeczalnym, że Jezus cierpiał. Jednocześnie jednak całe Jego życie było rodzajem kampanii przeciwko cierpieniu. Rodzi się więc w tym momencie proste, lecz fundamentalne pytanie: cierpieć jest rzeczą dobrą czy też złą? Jeśli jest czymś dobrym, to dlaczego Chrystus włożył tyle wysiłku w eliminowanie zła fizycznego, mogąc ten czas poświęcić dla dobra duszy ludzi Go słuchających? A jeśli jest rzeczą złą, to dlaczego prowadził życie pełne niewygód i dozwolił, aby spotkała Go śmierć w przepełnionych bólem okolicznościach?
Po pierwsze, trzeba wyraźnie powiedzieć i przypomnieć, że cierpienie ze swojej natury nie jest dobre, jest złem. Oczywiście nie jest to zło w sensie moralnym, z którego trzeba się np. spowiadać. Jest to niedoskonałość przyniesiona na ten świat przez pierwszy grzech człowieka, jest jakby plamą na dziele Stworzenia, która w jakiś sposób nas upokarza. Jeśli więc cierpienie jest złem, to oznacza, że posiadamy pełne prawo unikania go. Kiedy więc boli cię ząb, masz prawo iść do dentysty, aby go wyleczył lub usunął. A to w konsekwencji oznacza, że każdy z nas posiada obowiązek troski o zdrowie, gdyż jest ono Bożym darem, które ma służyć pomnażaniu przez nas wszelkiego dobra.
Dalej, jeśli cierpienie jest złem, nie powinniśmy go zadawać innym ludziom. Nawet najbardziej „święte” tłumaczenia (np. to skróci ci trochę cierpienia w czyśćcu) nie dają nam prawa do nakładania cierpienia na barki innych ludzi. Oczywiście mogą być w tym punkcie wyjątki, kiedy cierpienie jest konieczne do osiągnięcia dobra. Tak dzieje się wówczas, gdy dentysta zmuszony jest wyrwać nam zęba, bo jest to jedyny sposób przerwania bólu.
Zostawmy jednak wyjątki i powróćmy do toku naszych rozważań. Otóż jeśli cierpienie jest złem, powinniśmy uczynić wszystko, co jest możliwe, aby ulżyć ludziom cierpiącym. W wymiarach konkretnych będzie się to wyrażało w nakarmieniu głodnych, opiece nad chorymi czy wielu innych czynach. Nie zawsze możemy to czynić osobiście, ale równie dobrze możemy na różne sposoby współpracować z tymi, którzy się temu poświęcają. Będziemy wówczas kontynuować to, co od wieków czyni Kościół. Nie tylko bowiem głosi, że największym nieszczęściem nie jest cierpienie, lecz grzech, to również zakłada i prowadzi szpitale czy darmowe stołówki. Wie bowiem dobrze, że cierpienie samo w sobie jest złem i jeśli nie jest to wolą Bożą, to powinniśmy go unikać. Bardzo wyraźnie mówią nam o tym słowa Chrystusa wypowiedziane w Ogrójcu, kiedy prosił Ojca, aby oddalił od Niego ten kielich męki.
A kiedy cierpienie pojawi się w naszym życiu jako wola Boża, to też nurtuje nas pytanie: po co ono? Nie można tego zrozumieć bez odwołania się do grzechu pierwszych ludzi i cierpienia jako kary za grzech. A ponieważ jesteśmy cząstką rodzaju ludzkiego, to i nas dotyczy ta konsekwencja. Ale nie patrzmy na to tak pesymistycznie i na tym nie poprzestawajmy. Zło cierpienia można przecież przemienić w dobro. Trzeba tylko właściwie na nie spojrzeć, właściwie go potraktować. Przypuśćmy, że spoglądasz na telefon i poza jego formą, bardziej lub mniej nowoczesną, niczego nadzwyczajnego w nim nie zauważasz. Kiedy jednak wybierzesz odpowiedni numer, możesz usłyszeć kogoś kto jest bardzo daleko od ciebie. Podobnie może być z cierpieniem w naszym życiu: złe samo w sobie staje się czymś dobrym, kiedy przez miłość do Boga przekształca się w silne źródło miłości.
Spójrzmy na tę kwestię bardziej praktycznie. Pamiętamy dobrze o tym, iż z woli Bożej uczestniczymy w dziele stworzenia, mając w nim swoje odpowiednie miejsce. To nasze uczestnictwo tylko wtedy jest efektywne i ma sens, kiedy liczymy się z wolą Bożą i ją wypełniamy. Człowiek, który nie jej nie wypełnia, jest tak sam przydatny w Bożym planie stworzenia, jak szczoteczka do zębów w posiadaniu człowieka bezzębnego. Pojawia się jeszcze mała trudność: jak rozpoznać wolę Bożą? Niekiedy może być bowiem i tak, że jest ona całkowicie zgodna z naszymi oczekiwaniami. Wówczas wykonujemy to z wielką starannością i radością. Ale skąd mamy mieć pewność, że jest to wola Boża, a nie nasz egoizm lub próżność?
W przypadku cierpienia te wątpliwości znikają. Oczywiście chodzi o to cierpienie, na które Bóg dozwala. Praktycznie jest bowiem niemożliwe popaść w dumę z tego powodu lub odczuwać przy tym ogromną radość. Natomiast kiedy człowiek całe lata spędza przykuty do łóżka i nie przestaje twierdzić, iż jest to wola Boża, to praktycznie można mieć pewność, że jest on na prostej drodze do nieba.
Inny sposób przemiany cierpienia w coś wielkiego i wzniosłego, to połączyć je z cierpieniami Chrystusa. Pamiętamy, że kiedy On zadośćuczynił za nasze grzechy, to zadośćuczynienie było całkowite. A był całkowicie wolny od grzechu, my natomiast jesteśmy po prostu grzesznikami. Wszyscy Święci doskonale zdawali sobie z tego sprawę i jak mówi św. Paweł, „pragnęli dopełnić braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” /por. Kol 1,24/. Wiedzieli, że Nasz Pan będąc bogatym Dobroczyńcą, raz na zawsze zapłacił nasz dług, a teraz kolej na nas zwrócenia Mu tego, co On uczynił, znosząc, na miarę możliwości, nasze cierpienia w łączności z Nim. Stąd też możemy zauważyć w życiu świętych ten sam paradoks, co w życiu Jezusa: zawsze są zatroskani o innych i pragną zmniejszyć ich cierpienia, akceptując jednocześnie z radością własne bóle i trudy.
Jeśli więc cierpienie, zesłane nam przez Boga i przez nas zaakceptowane, może mieć tak wielką wartość, to może warto też samemu szukać i stosować w naszym życiu pewne formy umartwień?! Tak czynili zawsze ci, którzy osiągnęli świętość. Każdy z nas jest również powołany do tej samej świętości. Kiedy jednak będziemy realizować te umartwienia, to nie mogą one być jakimiś dziwactwami, w rodzaju sypania soli do kawy, a cukru do zupy. Muszą one być naturalnymi zachowaniami, które będą miały na celu zapieranie się samego siebie, umieranie we własnym egoizmie, aby w pełni żyć dla Boga. Wszystko jednak, czy cierpienia przyjmowane z ręki Pana Boga czy też osobiście podejmowane umartwienia, muszą być złączone z odkupieńczymi cierpieniami Chrystusa. Wówczas słowa „umęczon pod Ponckim Piłatem” będą dla nas nie tylko teorią, lecz bliską rzeczywistością.
