Pamiętamy dobrze z dzieciństwa zabawę w chowanego. Kiedy przyjrzymy się scenie pierwszego grzechu człowieka w raju, można dojść do wniosku, że zachowanie pierwszych rodziców przypomina trochę zabawę w chowanego. Z tą tylko różnicą, że Bóg nie potrzebuje ich szukać pomiędzy drzewami tak jak my, podczas zabawy w chowanego. Przed Nim nic nie może się przed nim ukryć.
Uciekamy się do tego obrazu zabawy w chowanego, aby lepiej zrozumieć to, co się wydarzyło po upadku pierwszych rodziców. W zabawie tej, gdy ktoś został odkryty, sam musi teraz odszukać innych. Człowiek usiłował skryć się przed Bogiem i Bóg go odnalazł. Teraz Bóg się ukrył i człowiek powinien Go odnaleźć. Przyszedł i skrył się w postaci małego Dziecięcia, w mrocznej pieczarze-stajence, w maleńkim prowincjonalnym miasteczku Betlejem w Judei.
Znając ludzką ograniczoność, pozostawił wokoło wiele znaków, które miały pomóc Go odszukać. Uczynił to za pośrednictwem proroków, którzy zapowiadali: „Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna..; A ty Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy…; Wyrośnie różdżka z pnia Jessego (Jesse był ojcem Davida), wypuści się odrośl z jego korzenia /Iz 11,1/„. A kiedy narodzenie Jego było bardzo blisko, Mędrcom ze Wschodu ukazała się gwiazda. Potem ukazał się anioł pasterzom. W takich warunkach odnalezienie Dziecięcia nie było już trudne.
Możemy zadać sobie pytanie: po co Bóg uczynił to wszystko? Po pierwsze, aby się objawić i dać się lepiej poznać. Ale jeszcze bardziej po to, aby zrealizować swój odwieczny plan, który zapowiedział ludziom po ich grzechu, jeszcze w raju: plan zbawienia. Prawdą jest, że nie było konieczne odpokutowanie tego grzechu, gdyż Bóg mógł przyjąć zwykłe przeproszenie ze strony ludzi. Zdecydował jednak, że grzechy ludzkości nie tylko powinny być odpuszczone, lecz także odkupiona ich wina.
Kiedy głębiej się nad tym zastanowić, dojdziemy do wniosku, że nie była to wcale taka prosta sprawa. Musimy bowiem pamiętać o jednej, podstawowej zasadzie: wielkość wyrządzonej krzywdy mierzy się godnością osoby, która jej doznaje; natomiast zadośćuczynienie za wyrządzoną szkodę jest mierzone godnością osoby, która je realizuje. Nie jest to takie trudne do zrozumienia, jak się na pozór wydaje. Podobnie bywa w naszym życiu. Nie jest to samo obrazić naszego przyjaciela, co obrazić prezydenta obcego państwa. W pierwszym przypadku wystarczy go przeprosić na osobności, w drugim trzeba to już uczynić publicznie. Wielkość obrazy mierzy się bowiem przez godność obrażonej osoby. Odwrotnie natomiast jest w przypadku zadośćuczynienia. Przypuśćmy, że redaktor prowadzący program o wielkiej oglądalności obrazi w nim, przez manipulowanie wiadomościami, znaną osobę z życia publicznego. Chcąc mu to wynagrodzić nie może posłużyć się kimś z zespołu przygotowującego program, np. kamerzystą, aby go przeprosić. Sam musi to uczynić, aby to zadośćuczynienie było odpowiednie. Ważność wynagrodzenia krzywd mierzy się bowiem godnością tej osoby, która to czyni.
Podobnie rzecz ma się w kwestii grzechu człowieka i jego zadośćuczynienia. Wielkość grzechu, który był obrazą Boga, powinno się więc mierzyć godnością Boga. A jest ona nieskończona. Tak więc takie samo, czyli nieskończone musi być zadośćuczynienie ze strony człowieka. A jeśli będzie chciał go dokonać człowiek, to będzie ono ograniczone – taki jest bowiem człowiek. Któż więc będzie mógł tego dokonać? Tylko ten, kogo godność jest nieskończona, to znaczy tylko sam Bóg. I to również było przewidziane w planie Bożym. Dlatego Bóg posyła na świat swojego Syna, drugą Osobę Trójcy Przenajświętszej. Sam Bóg dokonuje w Chrystusie pojednania ze Sobą samym.
Bóg stał się więc człowiekiem, aby móc cierpieć. Nie można bowiem zadośćuczynić za grzechy bez cierpienia, a Bóg, który z natury swojej nie podlega cierpieniu, nie był zdolny cierpieć. Dlatego przyjął ludzie ciało, aby w pełni dokonać dzieła pojednania. To, że stał się człowiekiem nie polegało tylko na przyjęciu wyglądu człowieka, lecz było to rzeczywiste człowieczeństwo: kiedy płakał w żłóbku, to z głodu; kiedy wołał z krzyża <<pragnę>>, to rzeczywiście chciało się mu pić. Ale człowiek nawet gdy będzie potrafił najdoskonalej cierpieć, nigdy te cierpienia nie będą miały wymiaru nieskończonego. Dlatego też logiczne jest wyznanie, że Jezus Chrystus był tak samo Bogiem i tak samo człowiekiem.
Przyjęcie przez Boga ludzkiej natury nie oznacza wcale, że zatracił On swoją boską naturę. Jezus Chrystus, druga Osoba Trójcy Świętej posiada dwie natury: ludzka i boską. Nasz Pan, kiedy stał się człowiekiem, nie mógł przestać być Bogiem. Z pewnością trudno jest zrozumieć fakt, że Bóg dalej królował z nieba, kiedy Maryja owijała Go w pieluszki w Betlejem. Trudno to zrozumieć, bo ta jedność, zwana w unią hipostatyczną, nie ma odpowiednika w rzeczywistości istnienia świata. Ktoś z nas może posiadać jednocześnie dwa miejsca pracy lub różne tytuły; we Wcieleniu nie chodzi o dwa różne tytuły, lecz o dwie natury, dwa różne sposoby istnienia w tej samej osobie.
Jednorodzony Syn Boży, chcąc całkowicie zmazać dług naszych grzechów, przyjął ludzką naturę, gdyż był to jedyny sposób, kiedy mógł podlegać cierpieniu. Zapłacił największą cenę – cenę życia. „Nikt nie ma większej miłości od tego, kto oddaje życie za swoich przyjaciół„. Będąc Bogiem przyjął ludzkie życie, aby móc złożyć je w ofierze, choć nawet nie byliśmy jego przyjaciółmi.
