Zmartwychwstały: Jedyna nadzieja
Czasami mówimy, że nieszczęścia chodzą parami. Scena z dzisiejszej Ewangelii wydaje się to potwierdzać. Spotykamy żonę, która pochowała już swojego męża. A teraz jako matka cierpi z powodu śmierci jedynego syna. Można sobie wyobrazić miłość matki do syna jedynaka (w nim cała przyszłość i oparcie) i ogrom bólu i cierpienia po jego śmierci. To była jej jedyna nadzieja na spokojną starość. Pamiętajmy, że w kulturze Wschodu owdowiałą kobietę brał pod opiekę jej najstarszy syn. W przypadku jego śmierci, gdy wdowa nie miała innych dzieci, jej sytuacja społeczna i materialna stawała się bardzo trudna. Ile bólu może wytrzymać jedno małe ludzkie serce? Rozpacz potrafi w takim momencie człowieka zaślepić i woła on: gdzie jest Bóg?!
Bóg jest bliżej, niż nam się wydaje. W dzisiejszej liturgii Słowa widzimy dwa podobne wydarzenia-znaki Bożego miłosierdzia. Oba w przypadku wdów, które utraciły swego jedynego syna. Ulitował się Bóg i przywrócił życie dziecku wdowy z Sarepty Sydońskiej. Ulitował się Jezus i oddał płaczącej matce z Nain jej żywego syna.
Prawda jest na pierwszy rzut oka okrutna: nikt nie ucieknie przed śmiercią. Trzeba będzie stanąć przed nią wobec rozstania z kimś najbliższym. Ale stanąć jako człowiek wiary. Wiara przynosi umocnienie i nadzieję: wobec śmierci zawsze trzeba stanąć razem z Jezusem.
Co się dzieje z nami, gdy umiera jedyna nadzieja: coś, w czym jedynie pokładamy nadzieję? Trzeba mieć wiarę w moc Bożą, aby zwrócić się do Pana Boga z tą samą ufnością, jak prorok Eliasz czy wdowa z Nain. Nadzieję, aby prosić o to, co niemożliwe. Głęboką miłość, aby we własnym ciele odczuwać ból z powodu kogoś innego i jeszcze większą siłą uciekać się do Tego, kto może i chce wysłuchać naszej prośby.
Żony i matki płaczą nie tylko za umarłymi fizycznie. Dużo częściej za umarłymi duchowo. W tej scenie brak jest mężczyzny: męża (wdowa), syn jedyny właśnie umarł. Czy nie jest to jakiś obraz Kościoła, w którym tak bardzo brakuje pobożnych odważnych mężczyzn (bez obrazy dla tych, którzy tu dziś są).
Jest wiele matek, żon, kobiet, które płaczą, bo ich mężczyzn nie ma w niedzielę kościele. Gdyby w ciszy kościoła słychać było melodię ich serc, to często byłaby to melodia żałobnego Requiem. David Murrow w książce „Mężczyźni nienawidzą chodzić do kościoła” pisze, że termostat w naszych kościołach jest nastawiony raczej na kobiety. Twierdzi on, że mężczyźni mają swoją religię. To jest religia siły, mocy, pewności siebie, wielkości, a tego w Kościele nie dostrzegają. Nawet chyba boją się, że chrześcijaństwo każe im być cichymi i pokornymi. Mężczyzna natomiast tęskni za wielkością i panowaniem. Dlatego woli doskonalić swój komputer, oglądać mecze czy przechwalać się swoimi osiągnięciami na spotkaniu z kolegami przy piwie.
Pragnienie wielkości samo w sobie nie jest złe. Jezus nie skarcił swych Apostołów, kiedy poprosili Go, aby mogli zasiąść po Jego prawej i lewej stronie. Nie skrzyczał ich, tylko pokazał im, że do takiej wielkości prowadzi postawa służby. Chrystus wie, jaką perspektywą porwać serce mężczyzny i dlatego przepowiedział swoim uczniom coś wręcz nieprawdopodobnego: że dokonają rzeczy jeszcze większych niż On sam! Zaproponował im to, co męskie serce kocha: ryzyko, podróż w nieznane i zwycięstwo. Uprzedzał ich, że warunki misji będą trudne, że On sam nie ma gdzie skłonić głowy, że posyła ich jak owce między wilki. I to ich porwało. Pamiętamy entuzjazm uczniów, kiedy wrócili z wyprawy misyjnej. Jak byli zachwyceni tym, że pokonywali złe duchy.
Mężczyzna wierzący to mocarz ducha. Kiedy słyszy o nadstawianiu drugiego policzka, nie myśli, że ideałem chrześcijanina jest słabeusz. – Żeby nadstawić drugi policzek jak Jezus, czy jak święty Maksymilian Kolbe, trzeba być nieprawdopodobnym mocarzem duchowym. Trzeba wyjść od wielkości Jezusa. On był najtwardszym mężczyzną na ziemi, stoczył największą bitwę z całym piekłem i wszystkimi demonami. Nie zrobił tego siłą pięści, tylko siłą ducha. Kiedy mówił, to się dziwili, bo ich nauczał jak ten, który ma władzę, z mocą, inaczej niż uczeni w Piśmie. Wielkością mężczyzny jest odnoszenie moralnych zwycięstw w każdej sytuacji. Panowie odchodzą od Kościoła bo myślą, że Kościół jest dla dzieci i kobiet, i tracą moc ducha. Wikłają się nierzadko w alkohol, erotomanię, stają się wiecznie smutni i rozdrażnieni. Kiedy są słabi, wtedy zaczynają krzyczeć na żonę, dzieci. Jezus miał emocje, ale nie przekrzykiwał nikogo. Nieraz Jego milczenie miało nieprawdopodobną siłę. Rzecz jest w odpowiednim rozumieniu „męskiej” wielkości.
Jakże to ważne! Przykład z badań socjologicznych: kiedy w niewierzącej rodzinie matka przyjmie wiarę, reszta domowników idzie za jej przykładem w 17 % takich przypadków. Kiedy natomiast nawróci się ojciec, to pociąga za sobą rodzinę aż w 93% przypadków (ks.Pawlukiewicz).
Nie traćmy nadziei! Patrzmy jakiej przemiany dokonał Jezus w życiu Szawła/Pawła!!! (2 czyt.). Dziś trzeba nam modlić się o przemianę męskich serc, aby nie brakowało ich w kościele (parafialnym i domowym).
Dzisiaj, mając przed sobą scenę z Ewangelii, pamiętamy o tylu rodzinach, które widzą swoje dzieci umarłe za życia (narkotyki, akohol, łatwe przyjemne życie, zmysłowość, brak horyzontów, oddaleni od praktyki życia religijnego, zniechęceni bo nie widzą przyszłości…). Mimo wszystko, jako ludzie wiary, nie możemy zaprzestać powtarzać: Nie wszystko jest przegrane, Bóg jest tutaj!!
Pan, dziś i zawsze, mówi nam: tobie mówię wstań! Z twojej obojętności i tchórzostwa, z twojego smutku i zamknięcia, z twoich upadków i walk, z twoich idei i słabości. Wstań, kobieto czy mężczyzno, dziecko czy młodzieńcze. Wstań, bo nie wszystko przegrane!
Kiedy rano wstajesz, zobacz, że Jezus wychodzi ci na przeciw. Dokąd tak pędzisz, dokąd tak się spieszysz, że nie masz czasu na poranną modlitwę, na zawierzenie Bogu tego, co cię dzisiaj czeka?! Niech nie będzie pierwszą myślą lękliwe spojrzenie: jak ja sobie dzisiaj dam radę. Zawierz, On widzi wszystko, a i ty zobaczysz w ciągu dnia Jego ojcowską obecność. Ucz się od Jezusa tego przenikliwego wzroku serca, by widzieć potrzeby innych i przychodzić im z pomocą, zanim poproszą.
