„To czyńcie na moją pamiątkę”
Wielki Czwartek. Wieczernik – Chrystusowy i nasz. Dlaczego tu jesteśmy? Bo oto Pan Jezus rozłożył wielki ołtarz. I powiedział: „To czyńcie na moją pamiątkę„….. Ale to słowa odnoszą się nie tylko do Eucharystii, ale również to naśladowania tego, co On uczynił podczas Ostatniej Wieczerzy: miłość służebna. Bo On, gromadząc nas dzisiaj w swoim Wieczerniku, chce nam przypomnieć: Pozostawiłem nam przykazanie w duchu tej Ostatniej Wieczerzy: miłujcie się wzajemnie. Prośbę nam zostawił: To czyńcie na Moją pamiątkę! Kiedy celebrujemy tę Eucharystię, pełni wiary, posłusznie wypełniamy nakaz Pana.
W Wielki Czwartek Pan Jezus pozostawił nam klucz do tego, aby stale być z Nim: miłość i Eucharystia. Po miłości inni mają poznawać, że jesteśmy Chrystusowi. A Eucharystia, kiedy wchodzimy w jedność Komunii z Nim, daje nam siły konieczne, aby nie ustawać w tym wysiłku oddania, wielkoduszności i ofiary naszego życia. Czy jesteśmy świadomi niewypowiedzianej, nieskończonej wartości, jaką mieści w sobie Eucharystia?
Łatwiej to sobie uświadomić, jeśli nie zapominamy o naszej codzienności. Bo istnieje – powinien istnieć głęboko w nas ta świadomość – nierozerwalny, życiowy związek między Eucharystią a naszym życiem.
Doświadczamy w swojej codzienności, że egoizm ma dużą siłę. Że grzech zwraca nas ku sobie samym, a zamyka na innych. To doświadczenie „popycha” nas ku Eucharystii. Nie można miłować nie pozwoliwszy najpierw Bogu się umiłować. On tą miłością z Krzyża chce nas nieustannie, codziennie karmić. Byśmy na Nim budowali to, za co jesteśmy odpowiedzialni. Choćby za rodzinę: tę domową i tę parafialną. Jeden z małżonków, którzy razem z żoną chodzą codziennie na Mszę św., mówi tak: – Z Eucharystią jest jak z małżeństwem. Jeśli poślubiłem moją żonę (a muszę przyznać, że z dnia na dzień kocham ją coraz bardziej!), nie mogę spotykać jej raz w tygodniu w niedzielę. Jestem z nią codziennie. Na Mszy chcę spotykać się z Jezusem. Codziennie, a nie raz na tydzień. Może i naszym być postanowienie: nie tylko w niedzielę, ale może też raz w tygodniu być tu, przy tym Stole….
Wszędzie potrzebujemy świadczyć, że tu bije źródło miłości i życia. Wszędzie można o tym świadczyć, nie ma miejsc wyłączonych od świadczenia. Choćby nawet w Hollywood. W ostatnim wywiadzie Jim Caviezal, odtwórca roli Jezusa w filmie Pasja, mówi o tym tak: – Dla mnie katolicka Msza św. jest źródłem stałej siły. Tam spotykam Syna Bożego. Nie spożywam żadnego symbolicznego opłatka. Ja uczestniczę w przemienieniu. Realnym. Namacalnym. Chleb i wino? Nie. To Ciało i Krew. Za to warto umrzeć. Modle się każdego dnia o siłę, by umrzeć w Chrystusie. By nie porzucić Go. Czy te słowa mnie nie zawstydzają?
Moja samowystarczalność zabija we mnie głód tego Chleba. Zamiast głodu pojawia się ucieczka przed Bogiem, na 3 sposoby. 1-szy: porzucenie modlitwy, a zwłaszcza niedzielnej Mszy świętej. Niekiedy staje się to poniekąd psychologiczną koniecznością. Przecież trudno wytrzymać na Mszy świętej, jeżeli dopiero co wyrządziłem komuś krzywdę, prowadzę nieuczciwe interesy albo akurat kręcę zdradę małżeńską. Owszem, od czasu do czasu taki katolik w kościele się pojawi, ale generalnie od kościoła raczej coś go odpycha.
2-gi: Ucieczka w pobożną rutynę. Grozi to zwłaszcza tym, którzy mają skądinąd chwalebny zwyczaj przyjmowania Ciała Pańskiego zawsze, kiedy są na mszy. Już apostoł Paweł ostrzegał, że Eucharystię można spożywać niegodnie (por. 1 Kor 7,27). A ponieważ my, tu obecni, przystępujemy do Komunii świętej często, zwłaszcza my księża, powinniśmy przynajmniej od czasu do czasu pytać samych siebie, czy do naszego życia sakramentalnego nie zakradła się rutyna: Czy Komunia święta jest dla mnie naprawdę upragnionym spotkaniem z Panem Jezusem? Czy naprawdę jest dla mnie pokarmem w mojej drodze do życia wiecznego? Czy moja częsta Komunia święta przymusza mnie do tego, żeby dzielić się wiarą i miłością z innymi?
Bo trudno sobie nawet wyobrazić bardziej tragiczną sytuację, niż być aż tak blisko swojego Zbawiciela, a faktycznie być od Niego aż tak bardzo oddalonym. W opowieściach różnych ludów można spotkać postać nieszczęśnika, który nie może dosięgnąć jedzenia, mimo że ma je przy samych ustach. Obraz ten dobrze oddaje absurdalność rutyniarskiej pobożności: tak jak można słuchać słowa Bożego i go nie słyszeć, podobnie Komunię świętą można materialnie przyjmować, duchowo zaś można nawet w ogóle jej nie spożywać.
3-ci: Brak wiary w życie wieczne. Jan Paweł II napisał kiedyś, że głód Eucharystii jest znakiem potwierdzającym naszą wiarę w życie wieczne. „Przyjęcie Eucharystii – wyjaśniał ten wielki Duszpasterz – jest wejściem w głęboką komunię z Jezusem. Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was (J 15,4). Ta relacja wewnętrznego trwania w sobie nawzajem pozwala nam antycypować w jakiś sposób niebo na ziemi. Czyż nie to jest największym pragnieniem człowieka? Czyż nie to było zamierzeniem Boga realizującego w dziejach swój plan zbawienia? Bóg sprawił, że serce człowieka odczuwa głód Jego słowa, głód, który zaspokoi tylko pełne zjednoczenie z Nim. Komunia eucharystyczna jest nam dana, byśmy sycili się Bogiem na tej ziemi w oczekiwaniu na pełne zaspokojenie w niebie” (list apostolski Mane nobiscum Domine, 19).
Oto poruszające świadectwo na temat głodu Eucharystii znanej konwertytki amerykańskiej Kimberly Hahn, która wspólnie ze swoim mężem odbyła trudną dla nich obojga drogę od zaangażowanego protestantyzmu do Kościoła katolickiego. W książce W domu najlepiej pisze: „Choć już od ponad roku wierzyłam w przeistoczenie, jeszcze nigdy nie zatęskniłam za komunią. Teraz jednak głód Eucharystii był pierwszym uczuciem po przebudzeniu i ostatnim przed zaśnięciem. Jako nastolatka przyjęłam Jezusa przez wiarę jako Zbawiciela i Pana, a obecnie zapragnęłam przyjąć Jego Ciało i Krew. Uniżenie Jezusa polegało bowiem nie tylko na tym, że przyjął nasze ludzkie ciało, by stać się doskonałą ofiarą za nas; On zstąpił jeszcze niżej, ofiarując nam to samo Ciało, by stało się życiem i pokarmem naszych dusz! Uczynił tak po to, abyśmy mogli mieć Go w sobie. Nie tylko w naszym sercu, ale także w naszym fizycznym ciele, stając się żywym tabernakulum. Czułam, że jeszcze chwila, a serce mi pęknie z nadmiaru radości!”.
Spójrzmy na nasz Wieczernik. „Czy rozumiecie, co wam uczyniłem?„. Najważniejsze pytanie tego wieczoru, dla mojego życia, dla Kościoła. I nakaz: „Czyńcie to na moją pamiątkę!„. Słowa, które nadają sens temu, co czyni Kościół. Naszemu zbieraniu się na Wieczerzy Pańskiej. Z tych słów wypływa sakrament kapłaństwa, za który dziś wspólnie dziękujemy. Kapłan to alter Christus, drugi Chrystus, który w sposób sakramentalny wypełnia to polecenie Jezusa. My zaś wszyscy jesteśmy jak apostołowie, zebrani – zwołani – wokół Chrystusa, aby nas posilał swoim Ciałem. Byśmy też uczyli się, co mamy zrobić z tym Boskim pokarmem. Że jest on niezbędny, aby wypełnić polecenie Chrystusa – również względem tego, co On uczynił: miłość służebna.
„[Jezus] umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował„. Wyznanie miłości. Zanim nastąpi to na Krzyżu, ma miejsce w Wieczerniku. Przyjmuje postać czynu zarezerwowanego wówczas niewolnikowi. Bóg uniżony wobec człowieka w służbie jego wiecznego szczęścia. Trzeba jednak przyjąć to uniżenie, by zostać wywyższonym. Ta miłość pozostaje dla mnie dostępna w Eucharystii. Tu uobecnia się wszystko, co dokona się jutro na Krzyżu. Po to Jezus dał się zamknąć w małym kawałku Chleba, abym się nie bał przychodzić do Niego. Jego miłość daje mi odwagę i siły, aby z mojego życia czynić służbę Miłości.
