Od rozumu do serca
„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – wyrocznia Pana. 9 Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi.” (Iz 55, 8-9) – ileż mądrości jest w tym Bożym słowie, jakie przekazuje nam prorok Izajasz. Potwierdzeniem są słowa dwóch uczniów na drodze do Emaus.
„A myśmy się spodziewali…” Powiedzmy szczerze: Jakże często przytrafia się nam większe lub mniejsze rozczarowanie Bogiem! Bóg często nie spełnia naszych oczekiwań. Nie dlatego by nas nie lubił i by nie obchodziły Go nasze oczekiwania, ale dlatego, że nasze oczekiwania są często sprzeczne ze sobą, albo małe, albo nie są tym, co dla nas jest najlepsze. Jezus sprawiał zawód uczniom, gdy zapowiadał swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie, a zawiódł ich „na całej linii”, gdy ta zapowiedź faktycznie się spełniła.
To nie nowa pokusa – ucieczki od świata. Nie byli od niej wolni nawet uczniowie Jezusa. Nie pojmują tajemnicy zmartwychwstania, boją się prześladowań, postanawiają uciekać z Jerozolimy w miejsce zaciszne i bezpieczne. Ulegli jej ci dwaj uczniowie, o których nam mówi dzisiejsza Ewangelia, którzy w dzień zmartwychwstania uciekają do Emaus, oddalonego o ok. około 60 stadiów (12 km) od Jerozolimy. Ich gorycz i załamanie były tak wielkie, że nie kryli tego w rozmowie z „Nieznajomym”. Na szczęście był nim Chrystus, w którego oni zwątpili. On jednak wyjaśniał im Pisma, a kiedy w gospodzie „połamał Chleb”, rozpoznali Go i jeszcze w tej samej godzinie zdecydowali się na powrót do Jerozolimy, choć miało się już ku wieczorowi.
Błażej Pascal (+1662, francuski intelektualista) wypowiedział kiedyś pewne zdanie, które choć może już odbierane jako slogan, wciąż zawiera w sobie głęboką treść. Mianowicie zadaje pytanie: Jaka jest największa odległość na świecie? I sam sobie odpowiada: To odległość od rozumu do serca.
Widać to po uczniach uciekających do Emaus. Szli, rozmawiali z Jezusem i nie poznali Go. Bo w umyśle swoim wiedzieli: On przecież nie żyje. Ich serca pałały, bo spotkali Umiłowanego, ale ich umysły były daleko: na uwięzi. Poznali Go dopiero po geście łamania chleba. I tak narodziła się ich wiara. Poznali Jezusa wbrew iluzji rozumu, który odmawiał rozpoznania Żywego, gdy przecież widzieli Go martwym. Dlatego pisze św. Paweł: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12, 2). Nawracajcie się przez odnawianie umysłu.
Bardzo często jest tak, że poprzestajemy tylko na pewnych treściach, na pewnych prawdach wiary, ale brakuje nam tego przejścia od rozumu do serca. Tego uczy nas również dzisiejsza Ewangelia. Uczniowie idący do Emaus, przeszli nie tylko ileś stadiów drogi od Jerozolimy do Emaus, ale przeszli drogę od rozumu, także pewnego rozczarowania, z którym nie mogli sobie poradzić – do serca, do żywego doświadczenia obecności Jezusa, co zresztą perfekcyjnie uwiecznił na swoim obrazie Rembrandt van Rijn.
Bardzo lubił tę scenę ewangeliczną, uwiecznił ją na swoich obrazach kilka razy. 1-szy z nich z roku 1629. Scena rozgrywa się w skromnym, mrocznym wnętrzu gospody. W tle widać postać kobiety (służącej), która zajęta pracą, zdaje się całkowicie nieświadoma nadprzyrodzonego wydarzenia dziejącego się tuż obok. Malarz uchwycił jakby w migawce aparatu fotograficznego ten konkretny moment, kiedy uczniowie rozpoznają Jezusa w swoim Towarzyszu drogi. Jeden z nich ma oczy, które oddają zachwyt, zdziwienie, niesamowite uniesienie czy nawet święte przerażenie. Drugi uczeń podbiega do Jezusa, chwyta Go za nogi. Widać nawet przewrócone krzesło. Wyobraźmy sobie tę scenę – niesamowite emocje, niesamowite rozgrzanie serc.
Nasza droga od rozumu do serca. Nie obraźcie się: Brak aktywności podczas Mszy świętej. Chłonę rozumem, ale serce gdzieś daleko. Milczę. A przecież zakochane serce wyrywa się, aby wyśpiewać radość miłości.
Jezus daje się rozpoznać „przy łamaniu chleba”. „Łamania Chleba” to Łukaszowe określenie tajemnicy Eucharystii. Wygląda na to, że tam w Emaus była sprawowana pierwsza Msza św. po Zmartwychwstaniu Pańskim. Choć wtedy jeszcze nie nazywała się Msza św. Ta nazwa wzięła się z łacińskich słów kończących uroczyste celebry w średniowieczu: Ite Missa est, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Idźcie, jesteście posłani”. To znak, jak wielką wagę przywiązywano do tego, co ma się dziać po Eucharystii, skoro słowa zakończenia stały się nazwą całego obrzędu.
Dobrze przeżyta Eucharystia jest dla nas, podobnie jak do uciekinierów do Emaus, źródłem mocy i zobowiązaniem, by powracać do swojej „Jerozolimy”. Tam jest miejsce, gdzie ma się dokonywać nasze zbawienie i gdzie mamy wypełniać nasze zadania apostolskie. Dobrze, że Msza kończy się rozesłaniem. Ktoś kto nie jest mnichem klauzurowym nie może przeżywać swojego chrześcijaństwa jedynie w zaciszu parafialnego kościółka.
Jezus jest Towarzyszem naszej drogi, nawet jeśli rozum często to neguje. Życzę sobie i wam: abyśmy pokonywali odległość od rozumu do serca, i by w naszych oczach pojawiał się zachwyt z odkrywania tej tajemnicy.
