Jakże potrzeba nam jedności: rodzinnej, społecznej, narodowej. A przede wszystkim naszej osobistej z Bogiem. Dlatego popatrzmy na Jezusa, na Jego jedność z Ojcem. On, Syn Boży, jest całkowicie wierny Ojcu, do końca Mu oddany i bezgranicznie ufający. Swoim postępowaniem Jezus wytycza nam drogę, którą powinniśmy kroczyć. A my często mamy problemy ze zrozumieniem Jezusa. Nie tylko my: Ewangelia ukazuje różne stopnie niezrozumienia… Jezusa zawsze różnie oceniano. Wtedy i dziś. Jezus zawsze jest znakiem sprzeciwu. Jakże różnie można Go zrozumieć.
Jego bliscy, krewni: „Odszedł od zmysłów„. Nawet najbliższa rodzina nie potrafi. On chyba zwariował, tak żyjąc się wykończy. Jakiś rodzaj ślepej miłości, która w imię ochrony kogoś w gruncie rzeczy chce zapanować nad innym. Taką chorą miłością, podszytą egoizmem, rodzice kochają czasem swoje dzieci. Nieraz zaborcza, zazdrosna miłość pojawia się w małżeństwie. Miłość musi pozostawić drugiemu przestrzeń wolności, a przede wszystkim liczyć się z Bogiem, który ma dla człowieka swoje plany.
Najgorsza ocena, przychodzi ze strony uczonych w Piśmie: przypisują Mu działanie diabła. „Ma Belzebuba…”. Najmocniejszy zarzut, jaki można postawić Jezusowi: że przychodzi nie w imieniu Boga, lecz diabła. Totalna negacja misji Jezusa. Ciągle słychać w historii ten zarzut. Dziś bywa odnoszony do Kościoła. Mówią: Kościół to przecież siedlisko wszelkiego zła, wszelkich zbrodni. Ten syk dobiega wyraźnie ze strony elit naszego świata. Nie łudźmy się: Chrystus i Jego Kościół będą atakowani do końca czasów. Te ataki są zwykle maskowane troską o ludzi, postęp, tolerancję. Zło przychodzi zwykle pod pozorem dobra. Stroi się w szaty mądrości, miłosierdzia, postępu. Nie przypadkiem jedno z imion diabła brzmi Lucyfer = 'niosący światło’.
Co czyni Jezus wobec takiego zarzutu? Zanim zacznie tłumaczyć „przywołał ich do siebie„. Być bliżej Niego. To wskazówka jak reagować na trudne momenty, gdy zaczną nas bombardować zarzutami przeciwko Bogu, Chrystusowi czy Kościołowi. Gdy jest się blisko Niego można usłyszeć spokojną argumentację. Dbaj o jedność z Bogiem, wtedy masz moc budować jedność w domu, w społeczeństwie…
Dziennikarz przeprowadza wywiad ze znanym muzykiem. Ten mówi, że na skutek jego sposobu życia (używki…) małżeństwo popadło w wielki kryzys:
Udało się uratować małżeństwo? – Nam się nic nie udało! My jesteśmy bankrutami! Bo widzisz, ja sam z siebie jestem człowiekiem grzesznym, gdyby Bóg nie trzymał mnie na łańcuchu, to nasze małżeństwo nie istniałoby długo. Nie dlatego, że nie kocham mojej żony, tylko dlatego, że jestem człowiekiem słabym i piętno grzechu ciąży nade mną. Bóg dał mi na tyle ducha, że ja modlę się o to, o co nigdy się nie modliłem: żebym mógł kochać moją żonę. To jest dla mnie niesamowite, że ja w ogóle chcę się o to modlić. Bez tej opieki, którą On nam daje, nie przetrwalibyśmy tygodnia. Nie wierzę w to, że człowiek sam z siebie jest w stanie działać. Oczywiście zawsze możemy się zamknąć na działanie Boga, jest wiele takich sytuacji, w których my jakby unikamy działania Boga, bo boimy się, że nasze życie zmieni się i nie będziemy chcieli już tak żyć. Moim zdaniem jest to kłamstwo demona, który trzyma nas w przeświadczeniu, ze wchodząc w relację z Bogiem przegrywamy. Myślę że człowiek boi się przede wszystkim utraty kontroli, poczucia niewoli. A przecież dopiero w Bogu można odnaleźć tak naprawdę wolność…
Nie bójmy się Boga i nigdy nie przypisujmy Mu zła. Bo wtedy będziemy współczesnymi faryzeuszami, nie zdającymi sobie sprawy, że to oni są zabawkami w ręku Szatana. Bo wtedy do nas będą odnosić się Jezusowe słowa gorzkiej prawdy: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego„. Przypisywać Bogu największe zło, a Szatanowi dobro czy świętość to grzech najstraszniejszy!
Warto przy okazji dzisiejszej Ewangelii przypomnieć sobie rzadko wspominaną w naszych czasach naukę Kościoła o sześciu grzechach przeciwko Duchowi Świętemu, świadczących o wyjątkowej zatwardziałości grzeszników:
- grzeszyć zuchwale w nadziei miłosierdzia Bożego (np. popełniam grzech ciężki mówiąc, że i tak pójdę do spowiedzi),
- wątpić o łasce Bożej, w Jego miłosierdzie (np. że ktoś się nawróci),
- sprzeciwiać się jakiejś uznanej prawdzie chrześcijańskiej (np. że Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym),
- bliźniemu łaski Bożej zazdrościć (np. nie wierzyć, że się ktoś szczerze nawrócił),
- mieć zatwardziałość wobec natchnień Ducha Świętego, zbawiennych napomnień (np. do czynienia dobra),
- odkładać nawrócenie i pokutę aż do śmierci („bo jeszcze zdążę!”).
Ufam, że tu obecnych to nie dotyczy. Ale może takich mamy wokół siebie. Trzeba nam się i za nich modlić, aby otworzyli swoje serca, aby dali się przekonać Duchowi Świętemu, że każdy jest umiłowanym dzieckiem Boga.
„Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu!” (1 P 5, 8-9). Dbajmy o naszą codzienną jedność z Jezusem. Zaufajmy mocy Jego miłości, wtedy możemy próbować zrozumieć, że po to dał nam Ducha Świętego, byśmy mogli pełnić wolę Ojca. I na tej jedności budowali wszystkie inne relacje.
